nowe przygody | 2011
V
VI
VII
VIII
IX
X
modernizm | 2010
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
XI
2009 I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
2008
VIII
IX
X
XI
XII
młody i głupi | 2008
I
II
III
IV
V
VI
VII
2007 I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
2006 X
XI
XII
|
Nie wziąłem ze sobą do Turcji aparatu fotograficznego. Nauczony doświadczeniem z Dłanii, gdzie ulubione fotki i tak robiłem telefonem, postanowiłem się zdjęciami nie spinać. Łapać chwile, zapamiętywać impresje. Raczej stać na wietrze, niż w tym samym czasie szukać odpowiedniego miejsca do zrobienia zdjęcia.
Chciałem napisać, o tym, jak do Turcji się dostałem. Ale to układanie wydarzenia po wydarzeniu, ta precyzja, to prowadzenie dziennika zupełnie nie pasuje do mojego w Turcji pobytu. To było raczej ciągłe szaleństwo, mnóstwo pierwszych razy, mnóstwo dobrych chwil. I tak naprawdę tylko pisanie o tych chwilach ma głębszy sens.
***
Wschodni Berlin, rano oglądałem prace Warhola, teraz pijemy na krawężniku piwo kupione w sklepie. Skręcamy papierosy; Linda też skręca - w Niemczech fajki są drogie.
Zresztą, fajki wszędzie są drogie.
Opowiadam o tym, że trochę się boję. Że tyle czasu w zupełnie nowym świecie, że chwilowo moja ekscytacja ustąpiła miejsca lękowi. Do tego samolot, którym przecież nigdy nie leciałem. Co jeśli spadnę? Za pierwszym razem, o ironio. W trakcie podróży na przygodę życia.
Linda mnie uspokaja, że przecież będzie zajebiście. Cóż, wiedziałem, że będzie zajebiście. Nie miałem co do tego wątpliwości. Nie wszystko w życiu jest jednak racjonalne i tego ostatniego dnia pobytu w Europie czułem pewien niepokój.
Zaczęło się robić późno. Późno-późno, mój samolot wylatywał po pierwszej w nocy. Ostatnie piwo piliśmy już gdzie indziej, nad rzeką, w pobliżu dworca głównego. Stamtąd miałem odjechać w stronę lotniska. Tym samym ta sympatyczna Niemka zostałaby ostatnią osobą, z którą rozmawiałem. Na szczęście prawdopodobieństwo i statystyka są przeciwko katastrofom lotniczym i wcześnie rano wyszedłem z samolotu żywy, wyszedłem w zupełnie innym świecie.
Nie wziąłem ze sobą do Turcji aparatu fotograficznego. Nauczony doświadczeniem z Dłanii, gdzie ulubione fotki i tak robiłem telefonem, postanowiłem się zdjęciami nie spinać. Łapać chwile, zapamiętywać impresje. Raczej stać na wietrze, niż w tym samym czasie szukać odpowiedniego miejsca do zrobienia zdjęcia.
Chciałem napisać, o tym, jak do Turcji się dostałem. Ale to układanie wydarzenia po wydarzeniu, ta precyzja, to prowadzenie dziennika zupełnie nie pasuje do mojego w Turcji pobytu. To było raczej ciągłe szaleństwo, mnóstwo pierwszych razy, mnóstwo dobrych chwil. I tak naprawdę tylko pisanie o tych chwilach ma głębszy sens.
***
Wschodni Berlin, rano oglądałem prace Warhola, teraz pijemy na krawężniku piwo kupione w sklepie. Skręcamy papierosy; Linda też skręca - w Niemczech fajki są drogie.
Zresztą, fajki wszędzie są drogie.
Opowiadam o tym, że trochę się boję. Że tyle czasu w zupełnie nowym świecie, że chwilowo moja ekscytacja ustąpiła miejsca lękowi. Do tego samolot, którym przecież nigdy nie leciałem. Co jeśli spadnę? Za pierwszym razem, o ironio. W trakcie podróży na przygodę życia.
Linda mnie uspokaja, że przecież będzie zajebiście. Cóż, wiedziałem, że będzie zajebiście. Nie miałem co do tego wątpliwości. Nie wszystko w życiu jest jednak racjonalne i tego ostatniego dnia pobytu w Europie czułem pewien niepokój.
Zaczęło się robić późno. Późno-późno, mój samolot wylatywał po pierwszej w nocy. Ostatnie piwo piliśmy już gdzie indziej, nad rzeką, w pobliżu dworca głównego. Stamtąd miałem odjechać w stronę lotniska. Tym samym ta sympatyczna Niemka zostałaby ostatnią osobą, z którą rozmawiałem. Na szczęście prawdopodobieństwo i statystyka są przeciwko katastrofom lotniczym i wcześnie rano wyszedłem z samolotu żywy, wyszedłem w zupełnie innym świecie.
Nie wziąłem ze sobą do Turcji aparatu fotograficznego. Nauczony doświadczeniem z Dłanii, gdzie ulubione fotki i tak robiłem telefonem, postanowiłem się zdjęciami nie spinać. Łapać chwile, zapamiętywać impresje. Raczej stać na wietrze, niż w tym samym czasie szukać odpowiedniego miejsca do zrobienia zdjęcia.
Chciałem napisać, o tym, jak do Turcji się dostałem. Ale to układanie wydarzenia po wydarzeniu, ta precyzja, to prowadzenie dziennika zupełnie nie pasuje do mojego w Turcji pobytu. To było raczej ciągłe szaleństwo, mnóstwo pierwszych razy, mnóstwo dobrych chwil. I tak naprawdę tylko pisanie o tych chwilach ma głębszy sens.
***
Wschodni Berlin, rano oglądałem prace Warhola, teraz pijemy na krawężniku piwo kupione w sklepie. Skręcamy papierosy; Linda też skręca - w Niemczech fajki są drogie.
Zresztą, fajki wszędzie są drogie.
Opowiadam o tym, że trochę się boję. Że tyle czasu w zupełnie nowym świecie, że chwilowo moja ekscytacja ustąpiła miejsca lękowi. Do tego samolot, którym przecież nigdy nie leciałem. Co jeśli spadnę? Za pierwszym razem, o ironio. W trakcie podróży na przygodę życia.
Linda mnie uspokaja, że przecież będzie zajebiście. Cóż, wiedziałem, że będzie zajebiście. Nie miałem co do tego wątpliwości. Nie wszystko w życiu jest jednak racjonalne i tego ostatniego dnia pobytu w Europie czułem pewien niepokój.
Zaczęło się robić późno. Późno-późno, mój samolot wylatywał po pierwszej w nocy. Ostatnie piwo piliśmy już gdzie indziej, nad rzeką, w pobliżu dworca głównego. Stamtąd miałem odjechać w stronę lotniska. Tym samym ta sympatyczna Niemka zostałaby ostatnią osobą, z którą rozmawiałem. Na szczęście prawdopodobieństwo i statystyka są przeciwko katastrofom lotniczym i wcześnie rano wyszedłem z samolotu żywy, wyszedłem w zupełnie innym świecie.
No bo tu sobie niby kończymy z Danią (trzy dziurki w nosie i skończyło się), niby czas napisać w końcu coś o Turcji, a przecież w czasie zupełnie rzeczywistym dzieją się rzeczy niespodziewane i niezwykłe.
Mój Współlokator powiedział kiedyś "nie lekceważ rzeczywistości". Pewnie kontekst był kosmiczny i ćpuński, nie mniej jednak było w nas tyle mądrości ludowej, by pochylić się nad tym chwilkę i przemyśleć sprawę dogłębnie. Uderzyła nas wtedy prawdziwość owych słów i uderza co pewien czas nadal. Najczęściej mocno. "Nie lekceważ rzeczywistości" wpisało się więc do kanonu filozofii naszego mieszkania, robiąc przy okazji spore zamieszanie w top ten moich mott życiowych.
Dużo rzeczy dzieje się naprawdę. Dzieje się, choć wcale nie sądzisz, że dziać by się mogły.
Mój Współlokator wziął sobie urlop, by pojechać z rodzicami w rodzinne strony, pod ukraińską granicę. Miał zobaczyć, gdzie rodził się jego tatuś i takie tam. W sobotnie popołudnie wybrał się do lasu zobaczyć starą kapliczkę. Pech chciał, że kapliczka znajdowała się po stronie ukraińskiej, a drogę zagradzał jakiś wąski rów i płot. Współlokator Mój przeskoczył rów, co by mieć lepszy widok, sądząc, że granicą jest płot. Nie był. Kolejne 48 godzin spędził w lwowskim więzieniu.
Ziemniaki trzy razy dziennie, spacerniak i gruzińscy uchodźcy.
W sprawę zamieszano dwie ambasady, lokalną gazetę i księdza, który historię wykorzystał w swoim kazaniu.
Nie lekceważ rzeczywistości, zdecydowanie.
Pointa czy puenta, tak swoją drogą?
Umówmy się - w Danii jest łatwiej. Podejrzewam, że wszędzie i zawsze, ale na pewnoe jest łatwiej w duńskim klubie. W duńskim klubie podchodzi do Ciebie duńskie dziewczę i - najzwyczajniej na świecie - pyta czy jesteś hetero, czy jesteś singlem i w końcu - czy może Cię pocałować. Wcześniej zapytała co prawda jak nazywa się stolica Polski, ale przecież nie można mieć wszystkiego.
Z klubu wyszedłem o 4 w nocy. Nie miałem żadnego noclegu, bo te były horrendalnie (świetne słowo!) drogie. Podążyłem więc w stronę McDonald'sa na nocną wyżerkę i w okolicach 5 nad ranem znalazłem się tam, gdzie znajdują się wszystkie osoby bez noclegu na całym świecie. Na dworcu.
Nie miałem żadnego doświadczenia w kimaniu na dworcu, proszę sobie wyobrazić. Niezwykłe sytuacje wymagają jednak niezwykłych środków, czy jakoś tak, więc zacząłem szukać odpowiedniej ławki. Okazało się, że nie tylko ja wpadłem na ten pomysł a rezerwacje co lepszych miejscówek pewnie robiono już koło północy. Za drugim obchodem szczęśliwie komuś skończyła się doba hotelowa, czy też wyruszył w dalszą podróż. Ułożyłem się więc (twarzą czy plecami? Plecami - chronię twarz, ale taki jakiś bezbronny jestem. Z drugiej strony twarzą jakoś tak chujowo - wszyscy Cię widzą i w ogóle pewnie wydłubują oczy) i już-już miałem zasnąć, gdy z prawie-snu wybudził mnie Pan Strażnik. Że ordnung must sein i nie byłem takim bezdomnym, co to sprawia problemy, tylko pokornym zbieraczem truskawek z Polski, ruszyłem się w poszukiwaniu innej miejscówy. Skoro już niemożliwa była kimka na leżąco to chociaż lekka drzemka na siedząco, wiadomo. To również się nie udało, ale tym razem Pan Strażnik dał mi pewną podpowiedź - nie można co prawda spać na sali główne, ale-ale, na peronach spoko loko luz i spontan. Zszedłem więc grzecznie po schodeczkach i w końcu znalazłem się w łóżku.
Obudziłem się o 7, co wyczytałem z zegara znajdującego się dokładnie przed moimi oczyma. Na peron właśnie wjeżdżał pociąg, więc szybkim ruchem wstającym wtopiłem się w tłum pasażerów wychodzących z dworca. Poszedłem się jeszcze przebrać do przechowywalni bagażu, gdzie znajdował się mój dobytek, wypiłem kawę w dworcowek kafejce i wyszedłem.
Wszak od 9 było otwarte Muzeum Narodowe.
Historie wymagają pointy. Najczęściej.
(Czasami gra się w grę "historie bez pointy", wtedy to co innego.)
Danii należy się pointa (jak psu miska), Dania na pointę po prostu zasłużyła. Wiedziałem o tym już leżąc na trawie pod namiotem, wiedziałem zbierając truskawki i wiedziałem słuchając litewskiego disco. Przygotowywałem się więc na pointę w ramach swoich małych możliwości i wyjazd do Kopenhagi zaplanowałem dobrze, z przewodnikiem w ręce i internetem w komputerze.
W Kopenhadze spędziłem trzy dni i jedną noc. Miałem na tyle blisko, że pierwszego dnia zdążyłem wrócić pod swój namiot. Zdążyłem, bądź też nie - ostatnie 5 kilometrów przez duńskie wioski pokonałem z buta w nocy, wpisując się w ogólny klimat wyprawy.
Gdzie to ja nie byłem, łohoho! Pentylion muzeów sztuki nowoczesnej, muzeów designu, centr designu, centr architektury i obrazów Moneta, Maneta i van Gogha za ostrą kasę. Christiania, uliczki, którymi spacerował Andersen, morze, morze, morze... I deszcz, dużo deszczu.
(Kopenhaga w deszczu zamiera. Ludzie się zatrzumują, stają pod drzewami, wyciągają papierosy. Spędzają w takich małych skupiskach 15 minut i jak gdyby nigdy nic ruszają dalej gdy tylko przejdzie największa ulewa.)
Deszcz był też w moich butach późnym wieczorem, gdy poszukiwałem biby. Poszukiwanie biby ułatwiłem sobie wcześniej przy pomocy wujka googla i plan miałem dość jasny - rust. Oczywiście klub znajdował się na drugim końcu miasta i raźnym krokiem, w deszczu, z wodą w butach podążałem w stronę bliżej mi nieznaną. Na sobie, dla stwarzania pozorów, miałem taką foliową pelerynkę, ewidetnie jednorazową. (Wspominam ją z pewnym rozżaleniem, przyznaję.) Miałem też mapę. Mapa była cała mokra, była też niewielka (bo darmowa) i generalnie dość szybko zaczęła się dzielić na części składowe, nie ułatwiając mi zadania.
Mapa zaczęła się więc dzielić, deszcz nie przestawał padać, ja nie przestawałem moknąć, a woda w butach nie przestawała wkurwiać.
Ale-ale, dotarłem. Dotarłem, zapłaciłem, wyrzuciłem pelerynkę do kosza przy wejściu. Kupiłem najdroższego w moim życiu browara, odpaliłem fajkę i ogłosiłem sukces.
(Gdy miesiące później spotykałem w Ankarze Duńczyków z Kopenhagi, większość przyznawała, że też chodzi do rusta. Może nawet bawiliśmy się wtedy razem, nie wiesz. Nigdy nie wiesz.)
Jakoś tak całe życie naiwnie wierzyłem, że uda mi się dorobić pierwszej sensownej pracy za dużą kasę nie przemęczając się specjalnie. Omijałem z daleka wszelkie magazyny, w których wykładało się towar; niespecjalnie miałem ochotę zapierdalać na stażu za darmo, w końcu nie ciągnęło mnie na zmywak do Londynu. Dlaczego nie pracujesz, pytali. I jakoś tak fakt, że się uczę wydawał mi się wystarczającym powodem, choć doskonale wiedziałem jak dużo mam wolnego czasu, choć doskonale wiedziałem, że moim znajomym się udaje.
I nawet nie wynikało to z jakiegoś niesamowitego lenistwa (choć oczywiście, po części też). Bardziej z idealistycznego wyobrażenia, że przecież skoro tyle lat się uczę, skoro wychodzi mi to nienajgorzej, to powinienem zarabiać tym, co potrafię i w czym jestem dobry. (Umówmy się, że praca fizyczna to nie jest to, w czym jestem dobry ;) Że (uwaga!) powinno mi to dodatkowo sprawiać przyjemność. Dlatego właśnie swego czasu próbowałem sprzedać swoje usługi designersko-webmasterskie, z różnym skutkiem.
(Różny skutek to konkretnie dwie strony, z których drugą bawię się do dzisiaj od czasu do czasu, za drobne na waciki.)
Wyjątkowo miałem rację i zasadniczo się udało.
Tym samym ja, Kuba, raczej lekkoduch i raczej nie człowiek pracy, wstaję przed 7 rano, tak by o 8 zasiąść za swoim biurkiem. Tego biurka już nie opuszczam (oczywiście poza przerwami) do godziny 16. Uczciwe 8 godzin, od poniedziałku do piątku, z umową i takimi tam. Rzecz bawi mnie niesamowicie, zwłaszcza, że jakoś płynnie się przestawiłem, wkręciłem, zakolegowałem i nawet ktoś mnie wozi wozem do pracy i odwozi i w ogóle. Jak to w pracy. Robimy też kawę w pomieszczeniu socjalnym, są urlopy, dzwonią klienci, mamy tablicę sukcesów i wszystko jest na poważnie. Na poważnie!
Z zerowym doświadczeniem w branży SEO, acz sporymi umiejętnościami w dziedzinie uśmiechania się, zostałem młodszym specjalistą ds. SEO. Tym samym o 8.10, niczym makler jakiś, sprawdzam sobie, co spadło, a co poszło w górę. Tyle, że w googlu. A potem grzebię w kodzie, walcząc z pajączkami, co po sieci skaczą. One do stron nastawione są dość sceptycznie - czy to naprawdę najlepsza strona związana ze słowami "drewniane place zabaw", zastanawiają się. A ja, używając tagów, słów kluczowych, przekierowań i takich tam przekonuję je, że tak, że oczywiście, że przecież właśnie tego szukacie, pajączki.
Żeby nie było, nadal korzystam z życia, w sposób całkowicie nierozsądny, niezdrowy i tuczący.
Tyle, że chodzę potem bardziej niewyspany.
|